Słonie czyli o ciemnej stronie tajskiej turystyki

Wrzesień 6, 2017

Kategorie: Dalej , Tajlandia

Dużo ostatnio pisze się o słoniach w Tajlandii. I słusznie,  to bardzo ważny temat, który świadomy turysta powinien choć w minimalnym zakresie zgłębić. Tajlandia pełna jest miejsc, gdzie słonie służą człowiekowi w sposób dla nich nienaturalny i okupiony ogromnym cierpieniem. W sieci można znaleźć wiele informacji o łamaniu ducha słoniom, bo to warunek by je wytresować do zadań, które człowiek im wyznacza. Małe słonie odbierane są matkom bardzo wcześnie, zamykane w ciasnych klatkach i bite, aż staną się obojętne i posłuszne. Żebranie, wożenie turystów po atrakcjach czy w dżungli, malowanie obrazków to tylko niektóre zajęcia, które stają się ich udziałem i z których żyją ich właściciele. Bo często słoń jest jedynym źródłem utrzymania tajskiej rodziny. Turystyka w Tajlandii w dużej mierze łączy się z atrakcjami, w których wykorzystywane są słonie.  A one nie są do tego przystosowane w żaden sposób. Więc zanim wsiądziesz na słonia, zastanów się proszę przez chwilę czy naprawdę musisz to robić. Jest wiele innych sposobów by obcować z tymi cudownymi zwierzętami w sposób dla nich najmniej bolesny.

 

Planując naszą podróż po Tajlandii, bardzo chcieliśmy spędzić jeden dzień w towarzystwie słoni. Starannie przejrzałam sieć w poszukiwaniu miejsc, w których słonie traktowane są dobrze, gdzie się na nich nie jeździ, nie malują i nie tańczą, chodzą swobodnie. Oczywiście, pobyt słoni nawet w najlepszych ośrodkach (zwanych sanktuariami), które nie są ich naturalnym środowiskiem, nie jest dla nich najlepszym rozwiązaniem. Pamiętać jednak musimy, że to są słonie, które na wolności nie poradziłyby sobie, bo takiego życia po prostu nie znają.  Z dwojga złego, skoro i tak znajdują się w takich ośrodkach, a ich utrzymanie sporo kosztuje, to można w sposób dla nich neutralny spędzić z nimi czas, służąc im w określony sposób.

 

Jednym z takich miejsc wydaje się być Elephant’s World niedaleko Kanchanaburi. W ośrodku znajduje się 26 słoni w różnym wieku i stanie, wszystkie mają za sobą ciężkie doświadczenia w pracy z ludźmi, wiele z nich jest schorowanych. Wolontariusze zajmujący się turystami w tym ośrodku opowiadają historie wielu swoich podopiecznych, pokazują ich urazy powstałe w wyniku służby ludziom. Niektóre mają poszarpane uszy od przedzierania się przez dżunglę z turystami na grzbietach, inne z powodu chłostających ich gałęzi  nawet oślepły. Zobaczycie słonie z wklęsłymi grzbietami od ciężkiego stelażu i wożenia turystów i słonie, które zaznały od człowieka tyle złego, że stały się agresywne. Te mają na szyjach czerwone liny, żeby na nie uważać. Wolontariusze opowiadają, że słonie na grzbiecie mogą unieść najwyżej 80 kg, a przecież nosząc ciężki drewniany czy metalowy stelaż i z reguły dwoje turystów, ciężar ten jest znacznie przekroczony, co ma ogromny wpływ na ich zdrowie. Bardzo czułym miejscem na ciele słonia są ich stopy. Słonie wyczuwają drgania z odległości 60 km, a przecież wożą turystów w centrach dużych hałaśliwych miast, co bardzo źle wpływa na ich psychikę. Niestety to człowiek jest przyczyną ich tragicznego losu i nie powinniśmy przykładać do tego naszej ręki. Dlatego jeśli zależy Wam na kontakcie ze słoniem, wybierzcie starannie miejsce, gdzie może się to odbyć w najbardziej humanitarny dla nich sposób. I zawsze sprawdzajcie najnowsze opinie, bo i te mogą się zmienić.

 

Dzień w Elephant’s World rozpoczyna się od zbiórki i podziału na  10-osobowe grupy, do których przydzieleni zostają wolontariusze. My trafiamy pod skrzydła Australijki i Holenderki, a w grupie mamy dwie Kanadyjki i rodzinę z Kolumbii. Na początku wydaje się, że ludzi jest mnóstwo, ale po podziale na grupy nagle wszyscy znikają. Zajęcia są tak zorganizowane, że z innymi grupami spotykamy się ponownie tylko podczas naszego posiłku i na zakończenie dnia. Zaraz potem ma miejsce pierwsze karmienie słoni. W ruch idą warzywa wszelakiej maści, zgodnie z potrzebami i upodobaniami poszczególnych słoni, które mają rozpisane menu na dużej tablicy. Słonie karmione są ze specjalnego drewnianego pomostu, do którego podchodzą i wyciągają trąby po smakołyki. Przy każdym słoniu czuwa jego opiekun.

Po karmieniu idziemy nad rzekę obserwować słonie w wodzie, ich zachowania. Wolontariusze opowiadają o próbach nawiązania więzi między słoniami, które tu nie są przecież rodziną, a mają bardzo silne poczucie więzi rodzinnych. Ponoć potrafią rozpoznać zwierzę lub człowieka, który im wyrządził krzywdę, nawet po kilkunastu latach. Podobnie poznają osoby im bliskie. W ośrodku próbują się zaprzyjaźniać, co nie jest dla nich łatwe. Obserwujemy trzy słonie, które ciągle trzymają się razem i starą słonicę, która zaadoptowała młodego, pełnego energii słonia, za którym biega i jest bardzo zmęczona tym „macierzyństwem”.

Potem idziemy przygotowywać naszej słonicy posiłek- sticky pumpkin rice, czyli klejący ryż z dynią. Dynia musi być posiekana na drobniutkie kawałeczki, a potem ugotowana z ryżem na bardzo miękko. Nasza słonica nie ma zębów, więc musi otrzymywać papki. Kiedy dorośli kroją dynię, dzieci myją ogórki z pestycydów. Przy stole poznajemy się z naszymi towarzyszami z grupy, a wolontariuszki opowiadają o  słoniach, które stoją w pobliskiej lecznicy. Później mieszamy ryż, żeby wystygł, dzieci biorą udział we wszystkich zajęciach.

W czasie, gdy ryż stygnie, my idziemy na obiad. Jedzenie jest przepyszne, duży wybór dań i w dużej ilości, naprawdę pycha.  Jemy na pomoście, wokół którego słonie spacerują i zażywają kąpieli błotnych. Bawią się jak dzieci, rzucają oponą jak piłką, siłują się i radośnie taplają w błocie 🙂 Po posiłku dzieci dostają gipsowe słoniki do pomalowania, nasze przyszły później więc muszą się spieszyć, bo trzeba iść karmić naszą słonicę tym, co jej przygotowaliśmy 🙂

Po obiedzie oglądamy krótki film o zachowaniach słoni i cechach gatunku, a potem idziemy robić z naszego sticky pumpkin rice duże kule, do których wkładamy witaminy i obtaczamy w jakiejś paszy. A potem karmimy. Słonica, czując zapach ulubionej potrawy, przybiega pod wiatę i tam zostaje nakarmiona 🙂

Po posiłku nadchodzi czas na kąpiel. Opiekunowie wprowadzają słonie do wody, tam są polewane wodą i szczotkami czyszczone z błota. W pewnym momencie słonie nabierają wody w trąby i zaczynają nas polewać. Mieliśmy wejść do wody do wysokości kolan, a skończyło się na przemoczeniu od stóp do głowy i konieczności zmiany ubrania po tej kąpieli. W czasie tego zbiorowego chlapania nasz słoń trąbą- jak pięścią- przetarł sobie oko, do którego dostała się woda. Ten odruch był tak ludzki, że obie z Lenką zamarłyśmy ze wzruszenia 🙂

Po zmianie ubrań nadszedł czas na ostatnie karmienie i pożegnanie ze słoniami. Dzieci dostają swoje pomalowane słoniki i dyplomy opiekuna słoni.

Na tym kończy się nasza przygoda ze słoniami. Wiele się nauczyliśmy o tych wspaniałych zwierzętach, a spędzenie z nimi 8 godzin, uczestniczenie w ich zajęciach, na zawsze w nas zostanie. Dziewczynki miały olbrzymią frajdę i z przejęciem opowiadają o tym do dziś, a i dla nas, dorosłych, to było fascynujące doświadczenie. Czujnie obserwowałam wszystko, co się ze słoniami w  ośrodku dzieje, ale nic nie wzbudziło moich wątpliwości.  Słonie nie były do niczego zmuszane, poza znoszeniem obecności turystów. Ale znowu pamiętajmy, że to już nie są dzikie zwierzęta, które mogą wrócić na wolność. Nie mogą z powodu tego, co zrobił im człowiek. Widząc ile słonie jedzą, rozumiem, że jest to sposób na utrzymanie słoni w ośrodku i zdobycie środków na opiekę nad nimi. Głęboko wierzę, że tak właśnie jest i swoją obecnością tam nie przyłożyliśmy się do trudnego życia tych zniewolonych zwierząt. A Was gorąco zachęcam by spotkanie ze słoniem wyglądało w podobny sposób, a nie na jego grzbiecie.

Informacje praktyczne:

Dzień w Elephant’s World kosztuje 2500 bht dla dorosłych i 1500 bht dla dzieci. Cena obejmuje transport z dowolnego hotelu w Kanchanaburi w obie strony, wszystkie opisane zajęcia i pyszny obiad oraz wodę, którą dostaje się zaraz po opłaceniu pobytu. Pobyt w ośrodku należy zarezerwować online z wyprzedzeniem, należy zabrać ręcznik i ubrania na zmianę. I tu uwaga praktyczna- zabierzcie ciemne ubrania, bo jasnych do dziś nie mogę doprać. Komarów nie było, większość zajęć odbywa się pod zadaszeniem, więc słońce bardzo nie dopieka. Można wybrać dłuższe opcje pobytu w Elephant’s World.

Kanchanaburi to bardzo przyjemne miasto, żałujemy, że byliśmy tam tak krótko. Nie mieliśmy w planach zwiedzania muzeów ani przejażdżki koleją śmierci, przyjechaliśmy tam tylko dla słoni. Dojazd z Bangkoku możliwy jest licznymi autobusami lub busami z Dworca Południowego albo taxi. Z tego co pamiętam, docierają tam również dwa pociągi, ale autobusem jest szybciej. Jeśli będziecie w Kanchanaburi to gorąco polecam restaurację Kan Buri, gdzie jedliśmy najpyszniejsze jedzenie w Tajlandii, a właściciel widząc mój aparat fotograficzny na stole przysiadł się i uciął pogawędkę o fotografowaniu (sam fotografuje zawody sportowe i publikuje zdjęcia w magazynach sportowych). Zatrzymaliśmy się w bardzo dobrym hotelu Kanchanaburi City Hotel , który bardzo polecam. Położony 150 m od mostu na rzece Kwai, można w nim bezpłatnie wypożyczyć rowery, jest przyjemny basen i dobre śniadania. Obsługa bardzo pomocna, załatwiła nam taksówkę, którą chcieliśmy pojechać do wodospadów Erawan, a potem do Bangkoku na nocny pociąg.

 

Podobał Ci się ten wpis? Polub nasz profil na Facebooku.

Dodaj komentarz

4 komentarzy do "Słonie czyli o ciemnej stronie tajskiej turystyki"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
kata$ka
Gość

Ładne zdjęcia. A co było do jedzenia w Elephant’s World? Czy posiłki mięsne, czy wegetariańskie? Można było wybierać? Pozdrawiam

Marysia Paś ;)
Gość

Piękne zdjęcia a miejsce jest niesamowite.. Inne niż te wszystkie typowo turystyczne kierunki. Dziewczynki wyglądają przecudownie i świetnie wtapiają się w tamtejsze klimaty. Wyglądają jak z pocztówki.. 😉

wpDiscuz