Jezioro Atitlan – w cieniu wulkanów

Grudzień 11, 2017

Kategorie: Blisko , Gwatemala

Jezioro Atitlan uchodzi za najpiękniejsze jezioro świata. Pewnie takie nie jest, bo o żadnym miejscu na świecie nie można powiedzieć, że jest najpiękniejsze, ale z całą pewnością jest piękne. Położone w kalderze powulkanicznej na wysokości 1500 m i otoczone trzema wulkanami – San Pedro, Atitlan i Toliman oraz górami i małymi miasteczkami, stanowi miejsce wyjątkowe i niepowtarzalne. W słoneczny dzień woda w jeziorze mieni się intensywnym turkusowym kolorem, a wulkany odbijają się w jego tafli. Będąc w Gwatemali nie można jeziora pominąć. A co tam robić? Ano podpowiemy, ponieważ w sieci nie znajdziecie zbyt wielu wskazówek jak spędzić czas nad jeziorem by doświadczyć jego piękna. Przewodniki również ograniczają się do opisu miasteczek nad jeziorem, które naszym zdaniem nie stanowią żadnej atrakcji. Atrakcją jest samo jezioro i tylko odkrywanie pięknych miejsc wokół niego czy oglądanie go z różnych punktów widokowych sprawi, że będziecie zachwyceni i nie uznacie, że miejsce to jest przereklamowane.

 

1. Trekking na Indian Nose – koniecznie na wschód słońca

 

To nasz absolutny numer 1 nad Jeziorem Atitlan. Punkt widokowy o charakterystycznym kształcie indiańskiego nosa, widoczny z każdego miejsca wokół Jeziora Atitlan, znajduje się na wysokości 2863 m n.p.m. Na Indian Nose można wybrać się z przewodnikiem lub samodzielnie. Wybierając ofertę agencji turystycznej (dostępne dosłownie co kilka metrów w San Pedro i każdej innej miejscowości wokół jeziora) macie gwarancję, że nikt po drodze nie zażąda od Was dodatkowej opłaty. Koszt trekkingu to 100 Q od osoby, obejmuje dowóz busem do Santa Clara La Laguna skąd rozpoczyna się trekking, opiekę przewodnika, opłatę za wstęp na teren prywatny, przez który przebiega szlak, kawę i herbatę na szczycie. Samodzielny dojazd na szlak to koszt 30 Q, opłata za przejście przez teren prywatny to kolejne 30 Q lub 50 Q lub wielokrotność tych kwot w zależności czy nie zabłądzicie i przez ile prywatnych działek przejdziecie. Bo niestety problem z wejściem na Indian Nose jest taki, że teren, przez który przebiega szlak, należy do osób prywatnych, które życzą sobie opłaty za wejście na ich własność. Na szczyt można wejść kilkoma trasami, można się zgubić i tym samym zapłacić kilka razy. Poza tym o trekkingu krążą mroczne opowieści, np. że turyści bywają okradani ze sprzętu fotograficznego przez wymachujących maczetami mieszkańców tych terenów. Nie sądzę by tak się działo naprawdę, ale faktem jest, że opłaty są pobierane. Wiedząc o tych wszystkich „ryzykach”, zdecydowaliśmy się na wejście z przewodnikiem tym bardziej, że start o 4.00 rano by zdążyć na wschód słońca wiąże się z wyjściem na szlak zupełnie po ciemku, w nocy i trzeba wiedzieć jak dojść na szczyt.

 

Trekking nie jest ciężki, ponieważ bardzo wysoko dojeżdża się busem. Całość to 45 minut szybkiego marszu dość ostro pod górę. Trzeba mieć ze sobą latarkę lub oświetlać drogę telefonem. I tu kolejna uwaga- są trzy miejsca, na których zatrzymują się grupy by podziwiać wschód słońca. Każde znajduje się na innej wysokości, są tam drewniane małe platformy widokowe, ale tylko najwyższy punkt to Indian Nose i stamtąd jest najpełniejszy widok. Nasz przewodnik zatrzymał grupę na najniższym punkcie wyjaśniając, że akurat w piątki na najwyższym punkcie urzęduje bardzo duża grupa turystów z Izraela, że słuchają głośno muzyki i palą zioło, a wszystko brzmiało tak niewiarygodnie, że postanowiliśmy wejść na sam szczyt. Nasz grupa (ok. 10 osób) została z drugim przewodnikiem, który rozpalił ognisko i parzył kawę i herbatę, a główny przewodnik poprowadził nas na szczyt. Po 5 minutach szybkiego marszu przez krzaki dotarliśmy do kolejnej platformy widokowej, na której rzeczywiście była grupa, ale nie taka duża jak przekonywał nas przewodnik, ale okazało się, że to jeszcze nie jest szczyt. Kolejnych 5-10 minut marszu i dotarliśmy na samą górę, na Indian Nose. I poza nami nie było tam nikogo! Przewodnik coś tam zaczął tłumaczyć, że grupom nie chce się wchodzić tak wysoko, ale nie miało to żadnego znaczenia, bo mieliśmy świat u stóp. Dosłownie. Na początku było ciemno, w dole migotały małe światełka miasteczek, widac było też kontury wulkanów, a w tle wybuchającego Fuego.

Po około 15 minutach zaczął się niesamowity spektakl. Pierwsze promienie słońca wyszły za horyzont i oświetliły jezioro. Siedzieliśmy i czuliśmy jak słońce pieści ciepłem nasze twarze. Byliśmy sami, wokoło panowała niesamowita cisza, a widoki zapierały dech w piersiach.

 

 

Z miasteczek dosłownie parowało, pierwsze łodzie ruszyły do innych miejscowości, a słońce wznosiło się coraz wyżej i wyżej.

 

 

Gdy słońce całkowicie wzeszło, zaczęliśmy schodzić. Inną trasą niż weszliśmy i tu kolejna uwaga- ze szczytu przelecieliśmy dosłownie zboczem góry nie widząc już w ogóle jeziora. Gdybyśmy wracali tą samą drogą, którą weszliśmy, moglibyśmy zobaczyć jeszcze jezioro w świetle dziennym. Jednak przewodnik zapomniał nam o tym powiedzieć, a gdy w połowie drogi pojęłam, że coś tu nie gra i jeziora nie zobaczymy, zaczął tłumaczyć, że musielibyśmy tym razem za przejście zapłacić i że grupa czeka już w busie. Grupa nie czekała, przyszła zaraz po nas, a jak z tą opłatą byłoby naprawdę to się już nie dowiemy. Nauczka jest taka, że trzeba być uważnym i po 1) zmusić przewodnika do wejścia na sam szczyt a po 2) zejścia tą samą drogą by zobaczyć jezioro z innej perspektywy. Poza małym niedosytem, jaki pozostał, wschód słońca nad Jeziorem Atitlan to jeden z najpiękniejszych widoków jakie zobaczycie w życiu 🙂

A z dołu Indian Nose wygląda tak

 

 

Inna opcją ze wschodem słońca w tle jest trekking na wulkan San Pedro. Tyle tylko, że ponoć widok z San Pedro jest gorszy niż z Indian Nose z powodu położenia wulkanu i braku bliskiego dostępu do punktu widokowego, który jest zarośnięty. Trekking też jest dużo dłuższy i cięższy (3,5 godz.  w jedną stronę).

 

2. Spacer drewnianymi pomostami w Santa Cruz La Laguna i wypicie najpyszniejszego na świecie soku

 

Santa Cruz La Laguna to naszym zdaniem najładniejsza miejscowość nad Jeziorem Atitlan. Niestety nie nocowaliśmy w niej, ponieważ ze skąpych  informacji znalezionych w sieci wynikało, że najlepszą bazą noclegową będzie San Pedro La Laguna. Tymczasem to Santa Cruz skradła nasze serca. Popłynęliśmy do niej wcześnie rano ostatniego dnia naszego pobytu nad jeziorem i gdybyśmy ją odkryli wcześniej to z pewnością zostalibyśmy tam dzień dłużej. Niestety mieliśmy już wykupione bilety do Antigua. Po przypłynięciu łodzią do Santa Cruz wspięliśmy się do centrum tego niewielkiego miasteczka stromą asfaltową drogą, by w restauracji przy CECAP (lokalny ośrodek wspierania pracy kobiet i rzemiosła) zjeść śniadanie, napić się pysznej gorącej czekolady z widokiem na wulkany. Miasteczko jest niewielkie i całkowicie nieturystyczne. Ciche i spokojne, czyli takie, jakie lubimy najbardziej.

 

Przy śniadaniu spotkaliśmy parę Niemców, którzy polecili nam miejsce, w którym serwują nieziemskie w smaku soki. Poszliśmy więc tam 🙂 Santa Cruz to chyba jedyna miejscowość nad jeziorem, w której możliwy jest bezpośredni dostęp do jeziora dla wszystkich. W innych miejscowościach brzeg nad jeziorem i drewniane pomosty należą do hoteli czy właścicieli prywatnych, co znacznie ogranicza kontakt z jeziorem. Tu od przystani z łodziami, kierując się w lewą stronę, można przejść spory kawałek wzdłuż jeziora po drewnianych pomostach z niesamowitym widokiem na dwa wulkany. Jest też malutka plaża, ale nie korzystaliśmy z niej. Nieliczni ludzie kąpali się z pomostów.

 

Na końcu pomostów znajduje się absolutnie genialne miejsce, mała restauracja a może tylko bar, w którym po prostu trzeba wypić świeżo przygotowany sok. Z owoców, które sami wybierzecie. Bar znajduje się na tarasie nad samą wodą, porośnięty jest gęstą roślinnością, ma wielki drewniany taras, wygodne kanapy do leżenia, zadaszony roślinnością drugi taras z lampkami, które klimatycznie oświetlają to miejsce nocą. A soki… nie piliście smaczniejszych. Wybrany przez nas ananas, mango i pomarańcza zamieniły się w delikatny mus, piankę czy inne ptasie mleczko 🙂 No czegoś tak pysznego jeszcze nie piliśmy! A wszystko w ciszy i samotności, z widokiem na wulkan nad jednym z najpiękniejszych jezior na świecie 🙂

 

 

3. Punkt widokowy w San Marcos La Laguna

 

Według przewodnika Lonely Planet to najładniejsza miejscowość nad Jeziorem Atitlan. Hmmm … polemizowałabym z tym twierdzeniem. Po wyjściu z łodzi w zasadzie nie widzicie nic, ponieważ by dojść do centrum miejscowości trzeba iść dość wąską ścieżką zabudowaną z dwóch stron ogrodzeniami hoteli i szkół językowych, szkół jogi i tym podobnych. Po dojściu do  głównej ulicy również niewiele na Was czeka, choć miasteczko pnie się jeszcze wysoko w górę. Na głównej ulicy, sennej i pustej, stoją tuk tuki. Nie bardzo wiedzieliśmy co właściwie w San Marcos można robić, ale zaczepił nas chłopaczek jeżdżący tuk tukiem i zapytał czy chcemy podjechać na punkt widokowy. Chcieliśmy, wsiedliśmy i pojechaliśmy. Punkt widokowy okazał się świetny, miejsce, z którego widać całe jezioro, 360 stopni dookoła jeziora.

 

Do tego miejsca można spokojnie dojść pieszo, a sam punkt widać już z łodzi po prawej stronie. Po wyjściu z łodzi kierujcie się do głównej ulicy, a tam  w prawo i cały czas główną drogą, która przechodzi w szutrową, prowadzi jakby przez czyjeś podwórko, potem lekko pod górę i w pewnym momencie gdy dróżka rozwidla się , należy wejść na niewielkie wzniesienie, które właśnie stanowi punkt widokowy. Ponieważ było bardzo gorąco, a nasz kierowca czekał na nas (co ciekawe zabrał z tuk tuka koło zapasowe, żeby nikt mu nie świsnął), wróciliśmy do centrum. Później poszliśmy w lewo, doszliśmy do lokalnej wytwórni czekolady, kupiliśmy sobie tabliczkę, tam wspięliśmy się na kolejny punkt widokowy, ale już bez tak spektakularnych widoków i zeszliśmy szlakiem prowadzącym przez kilka miejsc obrzędów Majów do jeziora. Tam okazało się, że weszliśmy na teren parku i powinniśmy uiścić opłatę. Wyjaśniliśmy jak się tam dostaliśmy i zostaliśmy wpuszczeni dalej bez opłaty, bo chcieliśmy tylko dojść do łodzi.  Czekając na łódź, znów podziwialiśmy piękne widoki.

 

 

4. Rejs łodzią po jeziorze 

 

Nie musicie wynajmować łodzi by popływać po jeziorze. Wystarczy wsiąść wcześnie rano do łodzi z miejscowości, w której aktualnie przebywacie, a macie zagwarantowany rejs do wszystkich miejscowości wokół jeziora. Chcąc się dostać z San Pedro do Santa Cruz, która jest przedostatnią miejscowością, tuż obok Panjachel, przepłynęliśmy do wszystkich po kolei. Piękne poranne światło, spokojna tafla jeziora, rybacy wypływający na połów w małych drewnianych łupinkach i wszechobecne wulkany uczyniły ten 40 minutowy rejs niesamowicie przyjemnym.

 

 

Rejsy kosztują od 10 do 25 Q w zależności od odległości i odbywają się co 10-20 minut. To najszybszy i właściwie jedyny środek komunikacji pomiędzy miejscowościami. Czasem łódź płynie wolniej, a czasem pędzi wznosząc po bokach strumienie wody, które zalewają wnętrze łodzi. Najbezpieczniej jest siedzieć z tyłu łodzi 😉

 

5. Kajaki, punkt widokowy i inne aktywności w San Pedro La Laguna

 

San Pedro La Laguna to najpopularniejsza wśród turystów miejscowość nad jeziorem, bez widoku na wulkany. Dość ruchliwa, pełna agencji turystycznych, restauracji, szkół hiszpańskiego i wyjątkowo tanich hoteli mekka backpakersów. Nie jest zła, ale jednak nie dorównuje Santa Cruz La Laguna. Bezpośredni dostęp do jeziora jest właściwie tylko na peryferiach i tam można podejrzeć miejscowe kobiety robiące pranie w jeziorze, rybaków wypływających na połów i samo miasteczko przycupnięte u stóp wulkanu San Pedro. Stamtąd wygląda najładniej 🙂 W San Pedro można wypożyczyć kajaki, zamówić dowolną wycieczkę w każdy zakątek Gwatemali, nauczyć się hiszpańskiego i zjeść przepyszne wegańskie burrito w The Fifth Dimension.

 

Z San Pedro można też wybrać się na spacer do punktu widokowego. Najlepiej poprosić kierowcę tuk tuka by Was podwiózł. Z miejsca, do którego dojeżdżają tuk tuki widać jezioro, ale ponoć najlepszy widok jest z miejsca oddalonego o godzinę marszu punktu znajdującego się na terenie parku (opłata 100 Q ). Mając w planach trekking na Indian Nose odpuściliśmy sobie to wejście, ale myślę, że warto się tam wybrać.

 

 

Jezioro Atitlan w cieniu wulkanów naprawdę robi wrażenie. Miejsce to ma wiele do zaoferowania i na pewno Was zachwyci, o ile nie ograniczycie się do przebywania wyłącznie w miejscowościach. One nie pozwalają na bezpośrednie doświadczanie tego pięknego miejsca. Na zobaczenie opisanych przeze mnie miejsc wystarczą 2-3 dni.

 

Informacje praktyczne:

  • by dostać się nad Jezioro Atitlan należy dojechać shuttle busem lub chickenbusem do Panajachel, a stamtąd łodzią do wybranej miejscowości
  • łodzie pływają co 10-20 minut, od 6.00 rano, koszt 10-25 Q od osoby w zależności od odległości, stawki są dla wszystkich takie same, wywieszone na tablicach przy przystaniach
  • najtańsze noclegi i największy ich wybór jest w San Pedro La Laguna, największą miejscowością jest Panajachel, a najspokojniejszą Santa Cruz La Laguna i Jaibalito
  • każda miejscowość charakteryzuje się czymś innym, warto je odwiedzić, ale najpiękniejsze jest jezioro i nie można tracić go z punktu widzenia
  • punkt widokowy to po hiszpańsku „mirador” i tyle wystarczy, by się na takowym znaleźć
  • gdzie zjeść w San Pedro: The Fifth Dimension, nawet jeśli nie jesteście weganami, jak my, Wasze podniebienia oszaleją

Podobał Ci się ten wpis? Polub nasz profil na Facebooku.

 

 

 

 


Dodaj komentarz

4 komentarzy do "Jezioro Atitlan – w cieniu wulkanów"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Jola
Gość

Czytam dalej z zapartym tchem:):) Swietnie piszesz opowiadajak a jednoczesnie wplatajac w te opowiesc garsc praktycznych informacji.

Zerdas
Gość

Sympatyczny opis. Pozdrawiamy i do zobaczenia na niewytartych szlakach.