Trekking na wulkan Acatenango – w cieniu aktywnego Fuego

W Gwatemali jest 37 wulkanów, w tym 3 aktywne – Pacaya, Fuego i Santiaguito. Najaktywniejszy z nich jest wulkan Fuego, położony w niedalekiej odległości od prześlicznego miasta Antigua w południowej części Gwatemali.  Wyczyny Fuego i jego nieustanne erupcje można podziwiać z pobliskiego wulkanu Acatenango (3976 m n.p.m.). Trekking na wulkan Acatenango stanowił najważniejszy punkt naszego pobytu w Gwatemali, do którego przygotowaliśmy się zabierając porządne buty trekkingowe, ciepłą kurtkę, czapkę i rękawiczki – tak, na szczycie wulkanu temperatura spada w nocy do 0 stopni. Ponieważ zdobycie Acatenango zaplanowaliśmy na koniec pobytu w Gwatemali to przez cały wyjazd bardzo uważaliśmy dosłownie na wszystko, żeby się nie pochorować i by coś nie stanęło na przeszkodzie naszym planom. Trekkingi organizowane przez liczne agencje turystyczne rozpoczynają się rano jednego dnia i kończą w południe dnia kolejnego, obejmując nocleg na wysokości 3600 m. Wybierając agencję, z którą mieliśmy odbyć ten dwudniowy trekking, przeczytaliśmy mnóstwo opinii na różnych portalach turystycznych i wybraliśmy organizatora, który nie jest typowym tour operatorem, a zajmuje się jedynie trekkingami na wulkany. Przy okazji przeczytaliśmy, że choć wrażenia po zdobyciu Acatenango są wspaniałe to sam trekking koszmarnie wyczerpujący. Po omówieniu z organizatorem wszystkich szczegółów i spakowaniu plecaka, z bijącymi sercami czekaliśmy w hotelu na przyjazd busa, który miał nas zabrać na szlak. O godz. 7.30  przyjechał po nas i kilkoro innych uczestników trekkingu bus i zawiózł do domu organizatora. Tam dostaliśmy pudełka z lunchem i śniadaniem, które mieliśmy wnieść na górę. Można było zostawić swoje bagaże, wypożyczyć czapki, szaliki i rękawiczki, kupić energetyczne przekąski czy pożyczyć plecak lub ciepłą kurtkę. Nasza grupa składała się z 20 osób – głównie Amerykanów, ale też Australijczyków, Niemców i Marokańczyka. Gdy wszyscy byli gotowi, podwieziono nas na szlak. Tam pożyczyliśmy od lokalnych dzieci kije, które bardzo się przydały podczas trekkingu i rozpoczęliśmy najlepszą, jak dotychczas, przygodę. Poznaliśmy naszych przewodników, którzy mieli się nami opiekować i przygotować obóz. Szlak od samego początku wiódł ostro pod górę, początkowo obok pól kukurydzy, po śliskim, żużlowym, wulkanicznym podłożu. Szybko okazało się, że będziemy często robić przerwy i łatwo nie będzie 🙂 Marsz w grupie jednak mobilizuje, zatem nawet gdy kolumna rozciągała się w pewnej odległości to na postojach gromadziliśmy się w jednym miejscu. Przewodnicy szybko wyłapali najsłabsze jednostki i czuwali dyskretnie w pobliżu. Po drodze mijaliśmy ludzi schodzących z Acatenango i ktoś powiedział, że po lunchu będzie lżej. Podając sobie zastrzyki ze snickersów i maszerując wciąż ostro pod górę dotarliśmy do miejsca, w którym mieliśmy zjeść przygotowany dla nas lunch. Po przerwie rzeczywiście trasa nieco się zmieniła, nie prowadziła już tak ostro pod górę tylko zaczęliśmy trawersować wzdłuż zbocza, wchodząc jednocześnie w strefę chmur.

 

 

Po każdej przerwie na odpoczynek przewodnicy wołali „vamos chicos” i trzeba było iść dalej. Po dość długim marszu wśród chmur zaczęło nas ogarniać zwątpienie czy na szczycie zobaczymy cokolwiek, mając w pamięci wejście na wulkan Pacaya poprzedniego dnia, kiedy to nie zobaczyliśmy nic, bo szczyt tonął w chmurach. W pewnym jednak momencie zobaczyliśmy go – Fuego- który na powitanie wyrzucił z siebie kłąb dymu.

 

 

Od tego miejsca do naszego obozu pozostało jeszcze pół godziny marszu. W końcu dotarliśmy do namiotów, rozbitych na wysokości 3600 m n.p.m. Przewodnicy przydzielili nas do namiotów- w założeniu były 3 i 4 osobowe, ale był jeden 2 osobowy, który trafił się nam 🙂 W namiotach czekały też karimaty i śpiwory, a obok, pod daszkiem z folii przewodnicy rozpalili ogień i podgrzewali naszą kolację. Dostaliśmy też gorącą czekoladę, która po takim wysiłku smakowała jak ambrozja niemalże 🙂 Mnie od razu rozbolała głowa, ale pomogły tabletki z ibuprofenem. Zmęczeni usiedliśmy obok ogniska i patrzyliśmy na Fuego oraz tonący w chmurach wulkan Aqua, które znajdowały się na wprost naszego obozu.

 

 

Ponieważ za chwilę miało zajść słońce, nad Fuego przetaczały się chmury, zasłaniając go i odsłaniając. W pewnej chwili o aktywności Fuego świadczyła tylko ciemna chmura pyłu zmieszana z chmurami.

 

 

Robiło się coraz ciemniej, więc coraz wyraźniej było widać rozgrzaną do czerwoności lawę wyrzucaną przez Fuego. Po raz pierwszy w życiu zobaczyliśmy lawę, w dodatku z tak bliska. Wrażenia nie do opisania!

 

 

W pewnym momencie, gdy zrobiło się już ciemno, nad Fuego rozpętała się burza. Nad nami nie spadła ani kropla deszczu, ale nad wulkanem błyskawice dosłownie rozrywały niebo. Spotęgowało to wrażenie nieokiełznanej przyrody, jakiej własnie doświadczaliśmy. Dzięki burzy, a pomimo braku statywu (niemądra ja!!!) udało mi się zrobić zdjęcie erupcji wulkanu w nocy.

 

 

Ponieważ Fuego wybuchał co kilkanaście minut, reagowaliśmy wielkim woooow tylko na większe erupcje, cóż, do wszystkiego można się przyzwyczaić 😉 Nasi towarzysze zachęcali wulkan do erupcji wołając Fuuueeegoooo! A Fuego grzmiał jak na zawołanie, cały wieczór i całą noc. W końcu padliśmy zmęczeni i poszliśmy spać. W nocy rzeczywiście było bardzo zimno, zakopaliśmy się w śpiworach po uszy, spaliśmy w kurtkach i wszystkich ubraniach, jakie mieliśmy ze sobą. W sumie to próbowaliśmy spać, ja oka nie zmrużyłam, z zimna, z emocji, z bólu głowy, bo wysokość już spora i nasłuchując grzmiącego Fuego. A już przed 4.00 nad ranem pobudka by zdążyć wejść na szczyt Acatenango przed wschodem słońca. Noc była jeszcze ciemna, niebo niesamowicie rozgwieżdżone, duża przejrzystość i zero chmur, co bardzo nas ucieszyło. Na horyzoncie zobaczyliśmy wulkan Aqua w całej okazałości, a pod nim i wokół niego światła Antiguy i sąsiednich miejscowości. Widok niesamowity. I oczywiście Fuego, który nie przestawał grzmieć. Ruszyliśmy powoli w górę, w milczeniu, przyświecając sobie latarkami i telefonami. Wejście zajęło nam ok. 1,5 godziny i było o tyle trudne, że znajdowaliśmy się coraz wyżej, w związku z czym niektórzy poczuli się źle, a poza tym ślizgaliśmy się po żużlu. Łapiąc oddech, dotarliśmy w końcu na szczyt Acatenango. Było jeszcze ciemno, więc usiedliśmy i czekaliśmy na wschód słońca. I nagle zaczął się niesamowity spektakl.

 

 

Nad wulkanem Aqua wzeszło słońce i nie wiadomo było w którą stronę patrzeć. Po lewej stronie widać było Aquę, za nią Pacayę, na wprost strzelający w niebo ogniem Fuego, a po prawej stronie wulkany aż znad jeziora Atitlan – San Pedro, Atitlan i Toliman i kolejne, w tym najwyższy szczyt Ameryki Centralnej- Tajumulco- również wulkan.

 

 

Słońce było coraz wyżej i wszystko wokół nabierało wyraźniejszych kształtów i kolorów.

 

 

Pośrodku czerniła się kaldera Acatenango, która pod wpływem promieni słonecznych też zmieniała kolor.

 

 

Spędziliśmy na szczycie około godziny i przewodnicy zaczęli nas zbierać do zejścia do obozu. Dla mnie to było za mało czasu, więc biegałam we wszystkie zakątki i fotografowałam jak oszalała 🙂 Takiego widoku się nie spodziewałam i nigdy aż tak pięknego nie widziałam. Mieliśmy szczęście, że widoczność była tak dobra, z daleka można było dojrzeć nawet Pacyfik.

 

 

Zaczęliśmy powoli schodzić. Fuego chował się i malał, zasłonięty zboczem Acatenango. Pod nami chmury, które nagle się pojawiły, a wokoło niezwykłe widoki. Zejście polegało na ślizganiu się na żużlu, a czasem wpadanie w żużel po kostki. Niektórzy rzucali się biegiem do przodu i próbowali ślizgać, inni  schodzili ostrożnie, ale najlepiej było po prostu zbiegnąć tonąc w pyle.

 

 

Po dotarciu do obozu  zjedliśmy skromne śniadanie, rozgrzaliśmy się kawą przygotowaną nad ogniskiem i syciliśmy oczy widokami. Fuego oczywiście nie zawiódł 🙂

 

 

Spakowaliśmy plecaki i zaczęliśmy schodzić, a właściwie zbiegać w dół. Tempo zejścia było bardzo szybkie, nie wiem dlaczego aż takie, ale prawie biegliśmy. Widoki po drodze równie piękne, dojrzeliśmy to, co poprzedniego dnia tonęło w chmurach.

 

 

Na dole czekały na nas busy, które rozwiozły nas do hoteli. Zmęczeni, ale szczęśliwi poszliśmy na pyszny obiad, spacer po Antigua i spakowaliśmy nasze bagaże, bo następnego dnia mieliśmy lot powrotny do domu.

 

Trekking na Acatenango przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Dostarczył tak pięknych widoków, tak niesamowitych wrażeń i emocji, takiej bliskości natury, która okazała się potężna i nieokiełznana, że naprawdę trudno to opisać. Dodatkowo, zmaganie się z własnymi słabościami i satysfakcja z dotarcia do celu zwielokrotniły i tak wspaniałe przeżycie. Trekking jest wyczerpujący, choć nie tak bardzo jak się spodziewaliśmy czytając opisy. Sądziłam, że poczuję się tak zmęczona, że tylko siłą woli będę w stanie iść dalej. Do takiego momentu nie doszliśmy, choć bez wątpienia to był nasz najcięższy trekking w życiu. Pierwszego dnia trasa zajęła nam ok. 6 godzin, a dojście na szczyt 1,5 godziny. Powrót, ze względu na tempo, zajął bodajże 2-3 godziny, choć uważam, że niepotrzebnie tak szybko schodziliśmy, bo odczułam to zejście dość mocno w kolanach. Z pogodą może być różnie, choć raczej wcześnie rano niebo jest czyste a widoczność duża. Aktywność Fuego też jest raczej stała, choć my mieliśmy wielkie szczęście, bo ponoć tej nocy, którą spędziliśmy na Acatenango, Fuego był najbardziej aktywny w ostatnim okresie, o czym informowały szeroko meksykańskie media- tak nam powiedzieli Polacy, których spotkaliśmy na lotnisku w Meksyku.

 

Informacje praktyczne:

Organizatorem naszego trekkingu był Gilmer Soy, najbardziej rekomendowany na TripAdvisorze (podlinkowałam opinie o trekkingu i Gilmerze). Kontaktowaliśmy się z nim przez WhatsApp nr +502 416 922 92, można też mailowo na adres SOLOGUI5630@gmail.com.  Szybko i sprawnie odpowiada na wiadomości po angielsku. Trekking warto zarezerwować z 2dniowym wyprzedzeniem, ponieważ liczba uczestników jest ograniczona i nam się zdarzyło, że z dnia na dzień nie było już miejsc. Koszt dwudniowego trekkingu to 350 Q od osoby (ok. 170 zł), obejmuje transfer z i do hotelu, opiekę przewodników, 3 posiłki, namioty, śpiwory i karimaty. Dodatkowo, za wstęp do parku narodowego płaci się 50Q.

W Antigua na każdej ulicy znajduje się kilka agencji turystycznych oferujących trekking na Acatenango w takiej samej lub bardzo podobnej cenie. Na pierwszy rzut oka wszystkie oferują to samo, ale po zweryfikowaniu szczegółów oferty nieco różnią się. W przypadku Gilmera, poza bardzo dobrymi opiniami, ważne było, że nie wnosiliśmy sami na górę namiotów i śpiworów, co w przypadku kilku agencji miało miejsce. Gilmer codziennie prowadzi grupy na wulkan, więc obóz ma stale rozstawiony, zmieniają się tylko śpiwory i przewodnicy. Jest to ważne, ponieważ i tak poza ciepłymi ubraniami, trzeba nieść w plecaku wodę, a każdy gram w drodze waży jak kilogram. Poza tym tańsze oferty przewidywały spanie w 6 osobowych namiotach, u Gilmera 3-4 osobowe lub za dodatkową opłatą 200 Q od osoby namiot 2 osobowy. No chyba, że ma się szczęście jak my 🙂 Posiłki były bardzo smaczne, zresztą po takim wysiłku i w takich okolicznościach przyrody to chyba każdy zjadłby konia z kopytami 🙂 Przewodnicy nie mówią po angielsku, choć w każdym zespole choć jeden coś tam rozumie. Nie ma jednak potrzeby jakiejś szczególnej komunikacji, wszystko da się zrozumieć lub zawsze któryś uczestnik trekkingu zna hiszpański. W dwóch miejscach na początku trasy można jeszcze kupić wodę, arbuzy czy gorącą czekoladę i jakieś przekąski. Mniej więcej na wysokości 1/3 trasy, dokąd najwyraźniej można jeszcze dojechać samochodem, stoi karetka pogotowia i policja z bronią. Ze spraw bardziej przyziemnych, niedaleko obozu jest prowizoryczna drewniana toaleta.

 

Co należy zabrać na trekking na Acatenango:

  • ciepłe ubrania- kurtka, polar, szalik, czapka i rękawiczki- naprawdę się przydają! Najlepiej ubrać się warstwami, bo podczas wejścia będziecie się rozbierać, na postojach ubierać itp. Koszulki powinny być szybkoschnące, ponieważ nie ma opcji, żebyście się nie spocili, ale podczas postoju nawet pod kurtką czy polarem zwyczajnie ciągnie po plecach od mokrej koszulki;
  • dobre buty trekkingowe, najlepiej z twardą podeszwą. Oczywiście sporo osób szło w butach sportowych i da się to zrobić, ale jest to trudniejsze ze względu na podłoże, po jakim się idzie. Jest bardzo ślisko, zwłaszcza podczas wejścia na szczyt, ci w butach sportowych musieli wchodzić na czworaka;
  • wygodne spodnie – przewodnicy śmigali w dżinsach, ale nie polecam 😉
  • 3-4 litry wody na osobę!
  • przekąski, batoniki, wszystko co da Wam zastrzyk energii bardzo się przydaje
  • latarkę, najlepiej czołówkę
  • plecak
  • tabletki z ibuprofenem lub paracetamolem
  • papier toaletowy
  • sprzęt fotograficzny, w tym koniecznie statyw jeśli chcecie robić nocne zdjęcia wybuchającego Fuego
  • koniecznie pożyczcie od dzieci kijki, ratują życie na trasie 🙂 (5Q za kijek)

Jeśli nie macie ze sobą w Gwatemali plecaka, ciepłej kurtki to można je bezpłatnie pożyczyć u Gilmera, a koszt wypożyczenia rękawiczek, szalika czy czapki to 10Q za sztukę.

 

I tak oto, przypadkowo wybrany kierunek podroży jakim była Gwatemala (ze względu na mega atrakcyjne ceny biletów, które Internety nazwały burito deal ze względu na błąd taryfowy meksykańskich linii Aeromexico), okazał się wielkim hitem i wspaniałą, niezapomnianą przygodą. Jeśli będziecie w pobliżu i nie macie poważniejszych problemów zdrowotnych, koniecznie zdecydujcie się na trekking na Acatenango. Gwarantuję, że będzie to jedna z Waszych najpiękniejszych przygód w życiu. Bo, w końcu, w ilu miejscach na świecie można z tak bliska obserwować wybuchający co chwilę wulkan?

 

Podobał Ci się ten wpis? Polub nasz profil na Facebooku.

6
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
oliwiaJustynaMonika| Podróżowisko.plElka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
oliwia
Gość
oliwia

Mam pytanie jak długo zajęło dojście do obozu pierwszego dnia i jak długo z obozu na szczyt? Chyba tej informacji nie wyczytałam… 😉
Czy przewodnik to konieczność? Nie dałoby rady samemu wejść?
Zdjęcia przepiękne! Ja na razie zaliczyłam 1 szczyt wulkanu i było to dla mnie niesamowite wrażenie, ale wulkan aktywny to szczyt moich marzeń 🙂

będę wdzięczna za odpowiedź i pozdrawiam

Monika| Podróżowisko.pl
Gość

Zobaczenie wybuchającego wulkanu jest na mojej liście marzeń już od dawna – zazdroszczę wrażeń i widoków! 😉

Elka
Gość
Elka

Wspaniale zdjecia! A opis trekking-u przesuwa nam Gwatemale na najwyzsza pozycje w bucket list! Dzieki za wiele praktycznych informacji.
Czekam na wiecej niesamowitych zdjec z kolejnych podrozy.