Chickenbusem na targ w Chichicastenango

Grudzień 6, 2017

Kategorie: Chickenbusem na targ w Chichicastenango , Dalej , Gwatemala

Targ w Chichicastenango to największy targ w Gwatemali, odbywający się dwa razy w tygodniu – w czwartki i w niedziele. Majowie z okolicznych gór przybywają na targ  już dzień wcześniej, by spokojnie przygotować swoje stoiska i wszelakiej maści kramy na dzień targowy. Rozkładają, szorują i pucują stoiska, wykładają towar, a później przy tych stoiskach śpią, na bruku. Całymi rodzinami, nie wyłączając malutkich dzieci. Poza trekkingiem na Acatenango, to jedna z największych atrakcji w Gwatemali. Warto  jednak przyjechać do Chichi (jak pieszczotliwie nazywają Chichicastenango Gwatemalczycy) właśnie dzień wcześniej, by obserwować te przygotowania bez tłumu turystów. Tak też postanowiliśmy zrobić, ale tylko w dni targowe jeżdżą do Chichi shuttle busy ze wszystkich turystycznych miejsc w Gwatemali. My musieliśmy dojechać chickenbusem i była to nasza najbardziej ekstremalna podróż w Gwatemali 🙂 Początek tej podróży przypadł na Gwatemalę City, w której wylądowaliśmy wracając z Flores. Na lotnisku próbowaliśmy znaleźć shuttle bus, ale poinformowano nas, że takowego w dni inne niż targowe nie ma. Pan z agencji turystycznej zaproponował nam transport prywatny za jedyne 175 $ od osoby, więc parsknęłam śmiechem, zapytałam czy transfer ma się odbyć helikopterem i podziękowałam. Pan natychmiast zapomniał o swojej ofercie i wyjaśnił, że musimy dostać się do dworca autobusowego i tam złapać  chickenbusa do Chichi. Po krótkich (acz niezbyt udanych 😉 ) negocjacjach z taksówkarzem, zawiózł nas na przystanek autobusowy. Podjeżdżając, pokazał nam autobus, mówiąc, że to nasz. Zanim wysiedliśmy z taksówki, nasze bagaże były już wiązane na dachu. Niewiele się zastanawiając wsiedliśmy do autobusu i … zaczęło się 😀

 

Chickenbusy to najpopularniejsze i najtańsze środki transportu w Gwatemali. To nic innego jak amerykańskie school busy na emeryturze, przewiezione do Gwatemali i pomalowane w bajecznie kolorowe wzory i kolory. Nie znajdziecie dwóch takich samych chickenbusów.

 

 

A skąd ta urocza nazwa? Otóż wspaniale oddaje rzeczywistość, w jakiej odbywa się przewóz ludzi. Do chickenbusa zmieści się tyle osób ile ma ochotę do niego wsiąść! W chwili gdy my weszliśmy czy raczej zostaliśmy wepchnięci do środka, zostało tylko jedno wolne miejsce tuż za kierowcą. Ponieważ czytałam wcześniej, że należy się zwyczajnie pchać, usiadłam obok potężnej Indianki, która początkowo nie bardzo chciała się posunąć i próbowałam zrobić jeszcze miejsce Grzechowi.  Usiadł półgębkiem albo raczej zawisł w powietrzu i ruszyliśmy… Nie muszę dodawać, że byliśmy jedynymi białymi w autobusie 🙂 . Jechaliśmy wolniutko przez całą chyba stolicę Gwatemali, na schodkach stał naganiacz i wrzeszcząc jak oszalały zachęcał ludzi do skorzystania z transportu. Do środka co chwilę wchodzili kolejni pasażerowie, z bagażami, tobołkami, dziećmi itp. i stawali w przejściu, dopychając chickenbusa do granic jego wytrzymałości. Gdy nam się wydawało, że to koniec, że więcej ludzi się po prostu nie zmieści, do autobusu wsiadali kolejni chętni i zawisali gdzieś pośrodku. Poza tym, w obrębie miasta, przez autobus przetoczył się korowód sprzedawców. Wszyscy z koszami, torbami, wręczali pasażerom (nas omijali) najróżniejsze rzeczy, które sprzedawali- jedzenie, owoce, napoje, tabletki. No można było kupić wszystko. Gdy jakimś cudem przedarli się do tyłu autobusu, za chwilę wracali- cały czas głośno zachwalając swój wyjątkowy towar- zabierali wręczone przedmioty i wysiadali w biegu. Bo autobus nie zatrzymywał się na przystankach. Wszyscy ci ludzie, zarówno pasażerowie jak i sprzedawcy, wskakiwali w biegu. Przypomnę, że siedzieliśmy na pierwszym fotelu, a Grzegorz dodatkowo wisiał na środku, więc wszyscy nas popychali, szturchali tymi tobołami i ogólnie nawet niespecjalnie próbowali nas omijać. Było tak ciasno, że nie byłam w stanie wyjąć aparatu i zrobić żadnego zdjęcia, a to mi się w zasadzie nie zdarza. Gdy w końcu wyjechaliśmy z miasta, autobus przyspieszył, nad naszymi głowami muzyka grała na full, a kierowca rozpoczął brawurową jazdę, której celem było omijanie korków. Ale omijanie polegało na zjeżdżaniu na sąsiedni pas, pod prąd i trąbieniem wymuszanie pierwszeństwa. Naganiacz co chwilę pociągał za sznurek podłączony do klaksonu, więc autobus trąbił i trąbił. Gdy już korki się skończyły i można było rozwinąć szaloną prędkość, zaczęły się serpentyny, w które kierowca wjeżdżał z całym impetem, jedną ręką kierując a drugą trzymając telefon- bo co chwilę odbierał telefon- a my z każdym zakrętem byliśmy pewni, że autobus zaraz się przewróci. Moja sąsiadka Indianka nie próbowała nawet trzymać się poręczy i przy każdym zakręcie ruchem jednostajnie przyspieszonym zwyczajnie zwalała nas z siedzenia. Ja próbowałam się trzymać poręczy i trochę ją hamować, żeby Grzegorz nie spadł z siedzenia, ale też nie bardzo mogłam, bo gdy kierowca opierał się o oparcie swojego fotela, a robił tak wciskając gaz do dechy, to miażdżył mi palce oparciem. A Indianka tylko śmiała się do mnie pokazując swoje złote zęby 🙂  Tylko grawitacja sprawiała, że nie fruwaliśmy po całym autobusie. W pewnym momencie Grzech wymiękł i wolał stać niż wisieć w powietrzu udając, że siedzi. Autobus gnał, pokonując kolejne zakręty, wesoło trąbiąc, a naganiacz postanowił zebrać opłaty za bilety. Ruszył więc do tyłu autobusu, przyjmując od ludzi pieniądze i nie wydając reszty. Od nas też przyjął pokazując na migi, że wyda później. Ale to później nie następowało, z przyczyn bliżej nieokreślonych, bo trzymał w kieszeni duży plik banknotów, a nawet kilka z nich zwijał dla zabawy. W pewnym jednak momencie podszedł i wydał tyle, ile się należało, nam i innym i doskonale pamiętał ile komu. W takiej atmosferze dojechaliśmy do Chichi. Naganiacz dał sygnał, że tu mamy wysiąść, po czym wskoczył na dach i odwiązał nasze bagaże. Wysiedliśmy, a autobus  ruszył, zostawiając za sobą czarną smugę spalin. Tak dojechaliśmy do Chichi 🙂

 

 

Zmęczeni, z pękającymi od hałasu, ścisku i upału głowami, ruszyliśmy na poszukiwanie noclegu. Dzień wcześniej próbowałam zarezerwować nocleg przez booking.com, ale -o dziwo- w ofercie był tylko jeden jedyny obiekt, w całości zarezerwowany. Stwierdziliśmy więc, że znajdziemy coś na miejscu. A na miejscu podszedł do nas przewodnik INGUAT (oficjalna Izba Turystyki w Gwatemali) oferując pomoc. Ustaliwszy nasz budżet na nocleg, wcale nie taki mały, zaprowadził nas do hotelu, który od razu nam się nie spodobał, ale senior Oskar wyjaśnił, że w Chichi jest niewiele miejsc noclegowych i jeśli nie chcemy wydać 100$ za noc (nie chcieliśmy) to tańsze wyglądają podobnie. W sumie pokój był czysty, choć ciemny, ale na jedną noc miał być OK. Potargowaliśmy się jeszcze i zdecydowaliśmy się tam zostać. Zostawiliśmy bagaże i poszliśmy coś zjeść i na spacer po mieście.

Chichi, nie ma co czarować, to chyba najbrzydsze miasto, jakie widzieliśmy 🙂 Niezbyt duże, sprawia wrażenie jakbyśmy się znaleźli na końcu świata. Dziwna mieszanina jeszcze dziwniejszych budynków, pełne bezdomnych psów i panów mających problem z alkoholem. Tylko tam widzieliśmy całkiem pokaźną liczbę alkoholików, zresztą naprzeciwko naszego hotelu znajdował się klub abstynenta.  Ale na wzgórzu, dla kontrastu, znajduje się wesoły, kolorowy cmentarz. Już wcześniej w wielu miejscach zauważyliśmy, że cmentarze w Gwatemali są niesamowicie kolorowe, a nagrobki malowane na różowo, niebiesko, żółto itp.

 

 

Po obiedzie poszliśmy do kościoła. Zupełnie niezwykłego kościoła 🙂 Na jego schodach już wieczorem rozkładały się kobiety sprzedające kwiaty, ale cała magia odbywa się w środku. Kościół Św. Tomasza to miejsce, w którym obrzędy chrześcijańskie mieszają się z  majańskimi. Majowie na specjalnych betonowych płytach, znajdujących się na podłogach, palą świeczki i piją wódkę z trzciny cukrowej. Chrześcijanie pojedyncze, Majowie po kilka naraz. Posypują podłogę i schody przed kościołem płatkami róż. Majowie, mimo nawrócenia, nadal praktykują religię swoich przodków, co wyraźnie widać w różnych ofiarach jakie składają, np. bukieciki kwiatów a nawet koguty. Schody do kościoła pełnią taką samą rolę jak schody do piramid, wchodzą nimi tylko wybrańcy, a pozostali, w tym turyści, powinni wchodzić do kościoła bocznym wejściem. Przed drzwiami kościoła unosi się dym z kadzideł. Przed schodami Majowie składają ofiary i palą specjalne kulki, modląc się przy tym.

 

 

Po południu w kościele odbywał się ślub, trafiliśmy na parę młodą z rodziną pozujących na schodach do zdjęć. Później orszak przemieścił się wśród rozłożonych stoisk na przyjęcie weselne.

 

 

Do późnego wieczora szwędaliśmy się po uliczkach wokół kościoła, zaglądaliśmy na stoiska, oglądaliśmy ozdoby i nawet zrobiliśmy już zakupy. Nie jestem fanką pamiątek z podróży, które z reguły są kiczowate, ale te w Chichi naprawdę mi się podobały. Na jednym stoisku z bardzo miłą i nienachalną Indianką zaopatrzyliśmy się w kolorowe pamiątki. Można tu dostać wszystko- od drewnianych masek, figurek świętych, ptaków i zwierząt przez kolorowe tkaniny, obrusy, narzuty, serwetki, hamaki, ubrania po skórzane torebki, portfele, drewniane meble,  zakładki do książek, magnesy, laleczki i czego tylko dusza zapragnie. Wszystko ładne, dobrej jakości i niesamowicie kolorowe.

 

Noc spędzona w hotelu okazuje się koszmarem, bo właściciel hotelu, w samym jego środku, na okrągłym zadaszonym patio prowadzi- uwaga- warsztat samochodowy i do późnej nocy coś strzela, hałasuje, samochody stoją na włączonych silnikach a spaliny nie mają ujścia, więc czuć je w pokojach. Czegoś takiego nie wymyśliłabym 🙂 A jeszcze okazuje się, że pod naszymi drzwiami, na podłodze, noc spędza rodzina z trójką dzieci, w tym gaworzącym niemowlakiem. Dziewczynki grają w łapki, śmieją się, a mnie serce boli, że one tam tak na tej zimnej podłodze… Oczywiście oka nie zmrużyłam. Nie zdążyłam, bo o 4.00 nad ranem zaczyna być słychać odgłosy bębnów, jakieś śpiewy i inne rytmiczne dźwięki. Na tyle mnie zaciekawiły, że postanawiam wstać i zobaczyć co się dzieje na ulicach. Przewodnik mówił, że o 6.00 sprzedawcy zaczynają wykładać towar, a o 8.00 zaczyna się targ na dobre. Ale tak nie było. Po uliczkach prowadzących do kościoła schodzą się procesje w kolorowych tradycyjnych strojach, z bębnami. I to własnie te procesje słyszałam. Idziemy w stronę kościoła, a tam prawdziwa magia 🙂 Schody zapełnione koszami kwiatów, przy których stoją kobiety w barwnych strojach. W bocznych uliczkach pod zadaszeniem Majowie jedzą śniadanie, na ogniu pieką się tortille, gotuje mleko z płatkami, przy stołach siedzą całe rodziny i posilają się. Dzieci zajmują się dziećmi, rodzice, a głównie mamy, wykładają co mają do sprzedania. Poza stoiskami sprzedawane są owoce, warzywa, stare buty, lampy, no po prostu wszystko. Wokoło panuje wrzawa  nie do opisania, każdy nawołuje, zachwala, targuje się. Do godziny 10.00 na targu jesteśmy tylko my i Indianie. Zero turystów, a targ jest tylko dla nich. Kupują i sprzedają, po to tu przyjechali z pobliskich gór. Rozmawiają, plotkują, wchodzą do kościoła, składają ofiary, modlą się, palą kadzidła. Można patrzeć bez końca.

 

 

Jemy  śniadanie i my, a potem znów krążymy. Wszystkie ulice, rozchodzące się promieniście od kościoła, zapełnione są straganami i sprzedawcami. Idziemy do drugiego kościoła, naprzeciwko kościoła Św. Tomasza, mniejszego, ale ponoć przebywa tam szaman. I tam palone są kadzidła, a ze schodów widać morze straganowych daszków.

 

 

Wracamy do kościoła Św. Tomasza, tam zaczyna się msza. Ksiądz przemawia po hiszpańsku i po majańsku. Dzieci bawią się na końcu kościoła, kobiety karmią piersią, Majowie palą świeczki na środku, po mszy odbywa się chrzest. A wokoło trwa w najlepsze targ i codzienne życie.

 

 

Dokładnie widać, w którym momencie przyjeżdżają autobusy z turystami. Nagle w uliczki wlewa się fala białych twarzy 🙂 I wtedy targ zmienia się w atrakcję turystyczną, ale dopiero wtedy. Wcześniej jest to bardzo autentyczne, wielobarwne miejsce spotkań Majów, miejsce ich zakupów, plotek, wspólnych posiłków, modlitw, ofiar i obrzędów.

 

 

O 14.00 wsiadamy tym razem do shuttle busa i jedziemy nad Jezioro Atitlan.

 

Zdecydowanie polecamy wizytę w Chichicastenango, koniecznie w dzień targowy (czwartek, niedziela), a najlepiej dzień wcześniej. Będziecie świadkami niesamowitych obrzędów i spotkań i nigdzie więcej nie znajdziecie tak wspaniałej możliwości obserwowania codziennego życia  Majów jak na targu w Chichi. Nie mam cienia wątpliwości, że to co odbywa się od popołudnia dnia przedtargowego i wczesnym rankiem dnia targowego to prawdziwe życie i kultura Majów. Barwna, ciekawa, egzotyczna. A że w końcu przyjeżdżają turyści i zaczyna się sprzedawanie im wszelakich dóbr to cóż, takie życie. Ciekawe jest to, że gdy pojawiają się turyści to Majowie – ci kupujący- jakby znikają. Siedzą w tych „stołówkach” i jedzą, bo swoje zakupy zrobili rano. Dlatego warto zawitać do Chichi wcześniej by doświadczyć tego wszystkiego, czego już nie zobaczycie później.

 

Informacje praktyczne:

  • targ odbywa się w każdy czwartek i niedzielę
  • dojazd do Chichi możliwy jest w dni targowe bezpośrednimi shuttle busami z każdego większego miasta w Gwatemali- z Antigua czy znad Jeziora Atitlan, wystarczy pójść do którejkolwiek agencji turystycznej i wykupić transport
  • poza dniami targowymi dojazd możliwy jest wyłącznie chickenbusami (z Gwatemala City koszt to 30 Q od osoby- ok. 15 zł)
  • jazda chickenbusem to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju 🙂 warto choć raz spróbować, ale zdecydowanie trzeba wsiąść do autobusu gdy są w nim jeszcze miejsca pierwsze i drugie, a nie tylko trzecie na jednym siedzeniu, czyli gdy nie jest jeszcze zapełniony. Gdy siedzicie porządnie to tłum nie jest już taki straszny, a wszystko co się dzieje wokoło jest świetna przygodą
  • gdzie NIE spać: w Hotelu Pop Wuj- koszmar. Są inne piękne hotele np. Maya Inn czy Hotel Santo Tomasso z pięknymi zielonymi patiami wewnątrz budynku i bez warsztatów samochodowych 😉
  • shuttle busy odjeżdżają z krytego parkingu za budynkiem Hotelu Santo Tommaso

Podobał Ci się ten wpis? Polub nasz profil na Facebooku.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o